
Berry~!
Po dzisiejszym dniu można stwierdzić, że szkoła totalnie odmóżdża, pozbawia szaro-różowych komórek tudzież, tudzież...
Rozkrwawić się na witrażu, zawodowo odmienić to be, totalnie zmienić lekcje historii w kabaret, usnąć na matmie, żeby naściemniać na biologii.
A po szkole 'pasta, fiesta, siesta', czyli poszukiwanie widelców w Lidlu. Ale że w Lidlu bida z nędzą to należy się udawać do okolicznych superminimarketów, gdzie noży ci pod dostatkiem, ostatnie widelce się znalazły i jeszcze kubki do piwa na lidlowską NesTea. A jak wszyscy wiemy jeść pastę z sosem słoko-kwaśnym najlepiej jeść w zacisznym miejscu. Przeważnie zaciszne miejsca są na skrzyżowaniu misternie udeptanych ścieżek ludności mieszczańskiej. Po każdej dobrej i mega sycącej paście przychodzi czas siesty. A potem fiesty. Albo na odwrót. Siesta-fiesta nie może odbyć się bez deserków, ciasteczków ręcznej roboty.
I dobrze, że szkoła jest blisko, bo można schować kubki i widelce, któe będą czekać na następny obiadek. Szkoda tylko, że do domu daleko. Podróż z pełnym brzusiem podskakując w autobusie nie jest miła >o< Ale miłe aspekty też się znajdą. Może nie dla tych, którzy mylą numery autobusów.
" gdzie moja herbatka? *tąp tąp*
nyaku~! od razu lepiej! *siorb* "

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz